Artykuły
Nietypowe mieszkanie to wyzwanie dla pośrednika


Sprzedawać piękne apartamenty to nie sztuka. Po te jasne, przestronne, świetnie zlokalizowane, dobrze wyposażone i w odpowiedniej cenie ustawiają się kolejki. Ale czasem rzeczywistość bywa… inna, o czym na podstawie własnego doświadczenia przekonują brokerzy Nowodworski Estates.


Jak mieszka Kasia Tusk, Lewandowscy albo Doda czy Rozenek? Nuda. Luksusy, tarasy i baseny. Dziwnego nic w tym nie ma, uwagę przyciąga raczej właściciel niż sama nieruchomość, bo jak mogą mieszkać gwiazdy? Na bogato, to pewne. Gwiazdą jest też Etgar Keret, ale w jego domu przestrzeni nie znajdziecie. „Dom Kereta” to z jednej strony chyba jeden z najbardziej znanych „budynków” w stolicy, z drugiej jeden z najdziwniejszych. Wciśnięty w 152-centymetrową szczelinę pomiędzy powojennym blokiem mieszkalnym przy ul. Chłodnej 22 i przedwojenną kamienicą przy ul. Żelaznej 74, jest raczej instalacją artystyczną niż domem. Został zaprojektowany jako pracownia dla izraelskiego pisarza i przeznaczony na miejsce działań kulturalnych. Ma trzy poziomy i można w nim mieszkać. Małe, ciasne, ale własne.

Swing? Tu się nie tańczy

Podążając tą wąską dróżką nietypowych lokali, trafiliśmy na warszawskie Okęcie. To była jedna z najdziwniejszych nieruchomości w mojej karierze – wspomina Paweł Kowalski. Mieszkanie znajdowało się w suterenie i ze względu na szalenie atrakcyjną cenę wzbudzało gigantyczne zainteresowanie. Na miejscu klienci byli bardzo zdziwieni tym, że mieszkanie jest na poziomie - 1. Ostatecznie nieruchomość została sprzedana jako pracownia dla fotografa – dodał ekspert.

Bywa, że właściciel mieszkania do samego końca nie chce się z nim rozstać, a właściwie zaprzestać w nim nietypowej działalności, która niekoniecznie ucieszy potencjalnych klientów. Mieszkanie ze swingiem w centrum Starego Miasta w Krakowie. Atrakcyjna lokalizacja, 3 niezależne pokoje z możliwością połączenia w jeden. Każdy inaczej był „ozdobiony”, przy każdym łazienka. Czysto, schludnie i przyjemnie – opowiada Radosław Góral. Oferty nie przyjąłem, bo nie miałem wizji na coś takiego, a sprzedający nie chciał rezygnować z działalności na czas sprzedaży – wyjaśnia krakowski broker.

Doświadczeni specjaliści od nieruchomości wiedzą, że każda, nawet najbardziej nietypowa nnieruchomość w końcu znajdzie nabywcę. Tak też było z pewnym mieszkaniem na krakowskim Żabińcu. W ogłoszeniu wszystko wyglądało „normalnie”: 3 pokoje w 7-letnim bloku, 55 mkw., jasne, ładne poddasze, z balkonem i przy dobrej pogodzie z widokiem na Tatry. Sęk w tym, że lokal położony był na 6. piętrze... bez windy, a cena na pierwszy rzut oka nie zachęcała do kupna – wspomina Adrian Szczotkowski. Podobno spółdzielnia sprzedała podwójnie mieszkania na ostatnim piętrze i by jakoś rozwiązać ten problem… dobudowano dodatkową kondygnację. Tyle że windy w budynku zamontować się już nie dało. Mieszkanie kupił pierwszy oglądający je klient, bez negocjacji, a od wystawienia na sprzedaż do transakcji nie minęło więcej niż tydzień – dodaje Szczotkowski.

Kolory, kotki i „świerszczyki”

Na nowego właściciela niedługo czekało mieszkanie w Nowej Iwicznej. Nieruchomości w mniejszych miejscowościach poza Warszawą trudno się sprzedają, głównie ze względu na mniejsze zainteresowanie klientów. W tym przypadku sprzedaż mieszkania warunkowała zakup nowej nieruchomości. Lokal był specyficzny i na pierwszy rzut oka trudny do sprzedaży: bardzo czerwone ściany, nieustawne, niesymetryczny układ pomieszczeń, do tego na parterze, a w środku koty, których nie dało się nigdzie schować na czas wizyt potencjalnych klientów – mówi Katarzyna Pietrzyk. Sprawę utrudniał też fakt, że Nowa Iwiczna łączy się z Warszawą przez ul. Puławską, jedną z najbardziej zakorkowanych w mieście. Co jednak ciekawe i zaskakujące – mieszkanie udało się sprzedać w… trzy dni. Kupili je drudzy oglądający w dniu prezentacji. Wniosek? Każda nieruchomość ma swojego klienta. Trzeba tylko umieć go znaleźć – zauważa ekspertka.

Nietypowo urządził swoje mieszkanie pewien marynarz, stary kawaler z Trójmiasta. Ekscentryczny właściciel odstraszał kupujących niemalże wszystkim: złotą kołatką w kształcie lwa na drzwiach wejściowych, plakatami nagich pań ze „świerszczyków” z lat 70. czy pokojem zamykanym na kłódkę, służącym jako prywatny gabinet. Była też biblioteczka w wc, wraz z informacją, jakie są korzyści z czytania książek w tymże miejscu, oraz dodatkowy zbiornik na wodę, w razie potrzeby większej fali, cytując właściciela. Mieszkanie do kapitalnego remontu, a cena ustawiona na sztywno zawierała także 10-tysięczny dług w spółdzielni. Sprzedający ustąpił w negocjacjach, a mieszkanie znalazło nabywcę, który docenił kreatywność właściciela.

Trup w szafie

Bywa, że w czasie transakcji na jaw wychodzi mroczna tajemnica i sprawa się komplikuje. Tak było ze spółdzielczym mieszkaniem w Trójmieście. Właściciele dorabiali się w nim pierwszych biznesów i rodziny, wręcz dosłownie: współwłaścicielka prawie urodziła pierwszego syna w przedpokoju, o czym ochoczo opowiadali podczas prezentacji – wspomina Justyna Powierża. Mieszkanie długo było wynajmowane, w końcu przyszedł czas na sprzedaż. I wtedy okazało się, że współwłaściciel miał mały sekret przed żoną – kilka lat wcześniej zaciągnął pożyczkę u znajomego biznesmena. Zabezpieczeniem było mieszkanie, a w umowie pożyczki z firmą kolegi zastrzeżone zostało przeniesienie prawa do mieszkania na pożyczkodawcę. Bez księgi wieczystej i szczerości właściciela rzecz prawie niemożliwa do wykrycia.


Marcin Kijowski

Nowodworski Estates