Artykuły
Tym, co mnie napędza, jest tworzenie czegoś nowego – rozmowa z Adamem Zaręba-Śmietańskim

O budowie szpitala, wprowadzaniu do polskiego systemu opieki zdrowotnej nowych standardów oraz o pisaniu powieści z Adamem Zaremba-Śmietańskim, prezesem Grupy Deweloperskiej Geo, inwestorem specjalistycznego szpitala Geo Medical w Katowicach, autorem wydanej pod pseudonimem Adam Abler powieści „Na granicy światów”, rozmawia Marta Kołpanowicz.

 


Adam Zaremba-Śmietański
Po 20 latach działalności w sektorze budownictwa mieszkaniowego podjął się Pan budowy szpitala. I to od razu na ogromną skalę, bo wieloprofilowego szpitala specjalistycznego z 8 salami operacyjnymi, 15 oddziałami, 380 łóżkami. Czy to była decyzja czysto biznesowa, czy też impuls pochodził z pobudek osobistych?

Impuls przyszedł z przerażenia, jak funkcjonuje polska służba zdrowia, i z braku zgody na taką sytuację. Ponieważ nie jestem politykiem i nie mogę wprowadzać zmian w skali kraju, jedyne, co mi pozostało, to albo nie robić nic, albo spróbować stworzyć enklawę i pokazać, jak służba zdrowia może funkcjonować. W tym projekcie ważne są cztery elementy: sama architektura budynku, dobór personelu oraz dobór sprzętu i procedur medycznych. Oprócz tych standardowych chcemy też stosować procedury i sprzęt rzadko w Polce stosowane, często unikatowe.

 

Czym się Pan kieruje, tworząc zespół?

Przyszła kadra ma spełniać cztery kryteria: profesjonalizm, ludzkie podejście do pacjenta, chęć poszukiwania światowych nowinek w danej specjalności oraz chęć współpracy. Stawiamy na lekarzy, którzy chcą współpracować z kolegami z innych oddziałów, z dyrekcją, zarządem szpitala w celu stworzenia jak najsprawniej działającego mechanizmu.

 

Ciężko było znaleźć ludzi spełniających te kryteria?

Ku mojemu zaskoczeniu nawet nie. Myślę, że jest spora grupa lekarzy, którzy chcieliby inaczej pracować, mają wyobrażenia, jak ta praca powinna wyglądać, tylko są wtłoczeni w istniejące ramy nieprawidłowo funkcjonującego systemu. Poza tym działa coś w rodzaju poczty pantoflowej, lekarze się nawzajem polecają. Profesorowie, którzy się znają, wiedzą, z kim chcą współpracować.

 

W skład kompleksu wejdzie też hotel oraz sale konferencyjne. Zamierza Pan organizować konferencje naukowe?

Tak, ale hotel z częścią szkoleniowo-konferencyjną ma powstać dopiero w trzecim etapie. Wcześniej będzie realizowane centrum diagnostyczne łączące funkcje przychodni i działu badań klinicznych.

 

Kiedy szpital będzie gotowy?

Chcielibyśmy zakończyć budowę we wrześniu tego roku.

 

Dla kogo będzie ten szpital? Czy przeciętny Polak będzie miał szansę znaleźć w nim opiekę w ramach NFZ?

W planach mamy założenie, że szpital będzie wykonywał głównie usługi dla NFZ, a w jakiejś części również komercyjnie. Chcemy działać w ramach kontraktu z NFZ i mam nadzieję, że tak będzie. Natomiast niebezpieczeństwa są. Jeżeli chodzi o zasady punktacji, to nasz szpital w poszczególnych specjalnościach powinien dostać kontraktowanie – według naszych symulacji powinien zająć pierwsze, drugie, a w jednej ze specjalności trzecie miejsce. To są rzeczy sparametryzowane, więc tu nie ma problemu. Natomiast nie jest sparametryzowana wysokość kontraktu, w tej kwestii panuje zupełna dowolność. Oznacza to, że teoretycznie jednostka, która uzyska najwięcej punktów, może dostać kontrakt na poziomie symbolicznym, jeśli chodzi o samą literalną treść przepisów. Oprócz tego trwają rozliczne i nieustanne działania lobbystyczne różnych grup interesów i te przepisy kształtują się w sposób, który jest swoistą mieszkanką chęci poprawy sytuacji w służbie zdrowia i nacisku pewnych grup lobbystycznych. Pod różnymi szczytnymi hasłami wprowadzane są utrudnienia dla nowo powstających jednostek. Część z nich, np. zasada kompleksowości, jest słuszna. Są też punkty za utrzymanie ciągłości kontraktowania i to także rozumiem, aczkolwiek uważam, że powinno to być kryterium pomocnicze i trzeciorzędne.

 

Wygląda na to, że proces inwestycyjny to przysłowiowa „ścieżka zdrowia”.

Najstraszniejsze w tym jest to, że ten świat kręci się wokół tych przepisów, zapominając, że najważniejszym ostatecznym celem powinno być dobro pacjenta, a nie jakiejś grupy zawodowej. Gdyby prywatne szpitale zostały wyeliminowane z systemu kontraktowania, to służba zdrowia nadal będzie tak funkcjonować, jak do tej pory. A nie jest prawdą, że te zabiegi są niedoszacowane, nieopłacalne. Nie są może wysoko wycenione, nie są bardzo opłacalne, ale przy dobrej organizacji można to zrobić. Przykładowo nasz szpital będzie wyposażony o niebo lepiej niż przeciętny szpital, zarówno pod względem sprzętu, jak i pewnych wymogów dotyczących pomieszczeń, a i tak łączny koszt budowy i wyposażenia wynosi u nas 350 tys. zł na łóżko. Dla porównania zgodnie z istniejącymi statystykami takie koszty wynoszą od 650 tys. zł na łóżko do nawet 1,2 mln zł.

 

Z czego wynikają aż tak duże rozbieżności?

Myślę, że z nieumiejętności gospodarowania pieniędzmi, bo nie mam podstaw twierdzić, że z celowej niegospodarności. Prawdopodobnie analogicznie to wygląda, jeśli chodzi o eksploatację szpitali. Pomijając już fundamentalną rzecz, że w tej chwili pieniądze państwowe idą w dwóch kierunkach – w celu zapewnienia świadczeń medycznych i w celu przebudowy, rozbudowy czy adaptacji istniejących szpitali. W interesie pacjenta jest, by miał do dyspozycji dobrze zarządzaną i wyposażoną placówkę, kierującą się jakimiś zasadami etycznymi, ale z punktu widzenia czystego rachunku ekonomicznego również lepiej, by nakłady na szpital i ryzyko ponosił prywatny przedsiębiorca.

 

Kiedy się wyjaśni kwestia kontraktowania?

Nie wiem, terminy ważności kontraktowania były przedłużane już trzykrotnie. Co oznacza, że nie ma żadnej możliwości planowania działalności.

 

Spodziewał się Pan tak dużych trudności?

Aż tak dużych nie. Chociaż wiedziałem, że będzie trudno.

 

Gdyby kilka lat temu miał Pan dzisiejszą wiedzę i doświadczenie, podjąłby się Pan jeszcze raz tej inwestycji?

Ciężko mi powiedzieć. Lubię nowe wyzwania, nawet bardzo trudne. Ale to w zasadzie zawsze tak jest, na każdej ścieżce, że tych przeszkód jest więcej, niż człowiek się spodziewa.

 

Łatwiej się buduje mieszkania?

Chyba jednak łatwiej, chociaż też nie jest to bezproblemowa działalność.

 

Czy przewiduje Pan w klinice również miejsce dla niekonwencjonalnych metod leczenia? Jakiś gabinet akupunktury? Medycyny chińskiej? Homeopatii?

Nie mam wiedzy i podstaw, by twierdzić, że inne niekonwencjonalne medycyny są skuteczniejsze, aczkolwiek wydaje mi się, że te tematy nie zostały należycie zbadane. Zbyt łatwo niektóre metody skazuje się jako te, które na pewno nie będą skuteczne. Moim marzeniem byłoby zbadać te rzeczy. Chciałbym, aby dział badań klinicznych, który ma powstać w drugim etapie, oprócz realizacji zleceń komercyjnych badał również właśnie takie tematy, ponieważ co najmniej w zakresie wzmacniania własnych sił immunologicznych wydaje się niezwykle prawdopodobne, że inne niż zachodnioeuropejska medycyny mogłyby wspomóc leczenie. Natomiast nieodpowiedzialne z mojej strony byłoby powiedzieć, że mam wiedzę na ten temat i to zrobię. Chciałbym żebyśmy to zbadali z pełną otwartością, bez zamknięcia się na jakikolwiek dogmat.

 

Wątek medycyny niekonwencjonalnej pojawił się w wydanej przez Pana dwa lata temu książce „Na granicy światów”, w której opisuje Pan zderzenie dwóch światów – materialnego i duchowego. Główny bohater jest biznesmenem, główna bohaterka z kolei zajmuje się alternatywnymi metodami leczenia i planuje otworzyć szpital. Osadził Pan fabułę w realiach dobrze sobie znanych. Czy ta powieść powstała na gruncie Pańskich życiowych doświadczeń?

Ten tytuł ma wielorakie znaczenie. Pierwsze to, o którym Pani wspomniała – zetknięcie zdroworozsądkowego i zarabiającego pieniądze biznesmena ze światem wiary w istnienie możliwości uzdrawiania. Drugie zetknięcie światów to zetknięcie świata męskiego i kobiecego, a trzeci to zetknięcie głównego bohatera ze światem interesów prowadzonych w Europie i w Polsce. Oczywiście każdy pisarz w jakimś stopniu czerpie z własnych doświadczeń, ale ja bym tego nie przeceniał.

 

Czy myśl o napisaniu książki pojawiła się nagle, czy też kiełkowała przez dłuższy czas?

Podjąłem wcześniej kilka prób, ale po napisaniu 30–40 stron stwierdzałem, że to nie to, i wyrzucałem do kosza. A w tym wypadku uznałem, że warto to skończyć.

 

Z jakim przyjęciem książka się spotkała?

Podobała się zarówno czytelnikom, jak i recenzentom. Zapraszano mnie na rozmowy do czasopism, rozgłośni radiowych.

 

Jak wyglądał proces tworzenia – wyłączył się Pan całkowicie z pracy zawodowej czy też pisał Pan po godzinach?

Pisanie wieczorami odpada. Po ośmiu godzinach podejmowania kilkudziesięciu decyzji, czasem o dużej randze, nie da się już myśleć. Pisałem do południa w soboty i niedziele oraz przedpołudniami na wczasach.

 

Ile czasu zajęło Panu napisanie tej powieści?

W sumie trzy lata.

 

Który rodzaj działalności daje Panu więcej satysfakcji – budowanie mieszkań czy szpitala? A może pisanie?

To jest właściwie to samo – tworzenie czegoś nowego. Wydaje mi się, że nie cieszyło by mnie kierowanie nawet bardzo dochodową fabryką guzików. To jest trudne, ale to jest to, co mnie napędza – tworzenie czegoś nowego. Działalność deweloperska to tworzenie nowych mieszkań, współuczestniczę w nadaniu kształtu, jak dane osiedle ma wyglądać, gdzie powstanie, jaki będzie układ mieszkań. Potem jadę przez miasto, budynki już stoją, widzę firanki w oknach… I to jest tworzenie tego, co materialne. Tworzenie szpitala to tworzenie substancji budowlanej, tworzenie wizji sposobu jego funkcjonowania, pewnego modelu działania, i wreszcie tworzenie tego, co było pierwotnym zamysłem, czyli czegoś, co oby było w jakiejś części wzorcem dla następnych szpitali. A pisanie książki to tworzenie nowego świata. Tworzenie ludzi, który nie istnieli, świata, który nie istniał. Oczywiście on istnieje w wyobraźni – mojej i czytelnika. Bardzo lubię malarstwo, byłem w zasadzie we wszystkich większych muzeach europejskich. Obrazy są dla mnie jakby zaglądaniem do innego świata. Oglądam np. hiszpańską infantkę i wnętrze, w którym została namalowana, i kogoś, kto pojawia się na dalszym planie, wygląda zza węgła. A za tym węgłem jeszcze jest jakiś świat. I tak samo jest z książkami – tworzę świat, w który czytelnik może zajrzeć.

 

Czy pisanie jest dla Pana formą odpoczynku?

I tak, i nie. Pisanie to męczące zajęcie. Ale oderwanie się też powoduje odpoczęcie od jednorodności myśli.

 

Zamierza Pan coś jeszcze napisać?

Właśnie skończyłem drugą powieść, nad którą pracowałem dwa lata. Dwie redaktorki, które ją czytały, uznały, że jest lepsza od pierwszej.

 

Co to będzie? Może Pan zdradzić jakieś szczegóły?

Roboczy tytuł to „Trzecia księga”. Jest to historia współczesnej pisarki piszącej powieść o XVI-wiecznej przeoryszy, której życiorys jest dosyć podobny do życiorysu św. Teresy z Avila. Te dwie historie wzajemnie się przeplatają: powiązania między XVI wiekiem a współczesnością. Powieść zaczyna się od sceny, w której kardynałowie martwią się, ponieważ została odnaleziona nieznana księga przeoryszy.

Dużą rolę w tej powieści odgrywają dźwięki. Może nie aż tak dużą jak w „Pachnidle” zapachy, ale istotną. Ale lepiej nie zdradzać za dużo przyszłym czytelnikom.

 

Rozumiem. Czekamy zatem z niecierpliwością na publikację. Dziękuję za rozmowę.